Przeprowadzkowe opowieści
Posted by Olasz77 in inna perspektywa, mła, ręce opadają, wyjazdy
Chyba się należy taki post, bo moja przeprowadzka do Polski, to prawie epopeja. Jakoś nie mogę się przestać uśmiechać, jak pomyślę :)
Końcówką czarnej serii psucia się wszystkiego wkoło mnie była pierwsza próba przeprowadzki do Polski. Zapakowałam wszystkie manele zgromadzone niezauważalnie od 2005 r. do Feli, dopompowałam koła, bo trzeba było, dokupiłam jeszcze rzeczy, których mi w Polsce będzie brakować (wędzona papryka w proszku, suszone drożdże, proszek do pieczenia i soda w dużych opakowaniach etc.). Ściągnełam dodatkowego kierowcę i co? I po ujechaniu 30 mil poszedł silnik. Holowanie do punktu A, stracone rezerwacje... Daruję Wam opis perypetii związanych z próbami naprawienia Feli za morzem - szkoda nerwów, moich głównie ;)
Chwilę to zajęło, ale z pomocą Kury, mojej ulubionej kuzynki, i kilku dobrych dusz, znalazła się firma transportowa, która za uczciwe pieniądze zgodziła się zabrać mnie, manele i Felę do domu. Któregoś pięknego wieczoru przyjechał tirem Mariusz, wtedy jeszcze Pan Mariusz, zapakowaliśmy Felę i manele na przyczepę, obejrzeliśmy walkę Gołoty na Youtube, zjedliśmy kolację, napili się piwa, wyplumkali i do spania. Wczesnym rankiem pożegnałam się z moimi chłopakami, zapakowałam się do tira i w drogę. Okazało się, że będę jechać do Calais z Mariuszem, a potem z Jarkiem, bo Mariusz jeszcze w Belgii skręca zabrać dodatkowy ładunek.
Jeszcze przed obwodnicą Londynu przeszliśmy na "Ty". Usłyszałam całą historię tego jak Panowie kierowcy się kłócili, który będzie "tę jakąś babę" zabierał do swojej kabiny, bo jak się okazuje to nie takie chop-siup, z przepisowymi postojami i przerwami wyszły 3 niecałe dni i dwie noce. Z obcym facetem w jednej kabinie!
Jeszcze przed Dover zajrzeliśmy do Sandwich, zabrać czyjś samochód, wspominam tylko dlatego, że mieli tam świetny wózek widłowy - pierwszy schodek do kabiny był na wysokości mojego pasa, a z ziemi nie byłam w stanie zajrzeć do kabiny, ale to mały Pan Pikuś, bo ten wózek był łamany między osiami! No co? Mam słabość do wózków widłowych :)
Potwór ze mnie wyszedł w czasie czekania na załadunek na prom, bo za zgodą Mariusza, przez CB radio, bezczelnie darłam łacha z Jarka - "postrasz młodego, niech nie myśli, że mu tak dobrze będzie". Jarek był ciężko przerażony wizją spędzenia ze mną kolejnych dwóch dni, sam mi potwm opowiadał :)
Przeprawialiśmy się tzw. "Pociągiem", promem na który ładuje praktycznie same ciężarówki, odmiana o tyle miła, że jeśli w recepcji odda się kluczyki od samochodu, to w zamian dostaje się klucze do kabiny prysznicowej, a że to były klucze od Feli, to już się nie liczy :) Automat z kawą itp. z urzędu, bezpłatnie, chyba tylko do jedzenia trzeba było dopłacić jakieś symboliczne grosze, ale pewności nie mam, nie jadłam.
Przesiadka do Jarka i pędzimy dalej. Jedno wiem, jeśli bym kiedyś miała do wyboru jechać tirem 3 dni, albo osobówką "zrobić" tą samą trasę w 24 godziny samochodem osobowym, to wybieram tira!
Pierwszy nocleg, koło Gent, był rozrywkowy - spotkaliśmy jeszcze jednego kierowcę z tej samej firmy, akurat jechał w drugą stronę i integracja trwała do wczesnych godzin porannych ;) Było o wszystkim, od polityki, przez religie (liczba mnoga), wierność małżeńską, unikanie odpowiedzialności, aż po tacha i webasto. Kabina stosunkowo nowego Man'a jest wygodna, pojemna, ma milion schowków na wszystko, gotować można, ale nie musiałam, miałam ludzi od tego ;) Tu ktoś mi przez ramię zagląda, wieć dopiszę, żeby nie było - wszyscy trzej panowie to prawdziwi dżentelmeni!
Dostałam kawę do łóżka! Co ja piszę?! Dostawałam kawę do łóżka, dbano o mnie, co jest bardzo miłą odmianą, karmiono i zagadywano. No dobrze, mnie też paszcza się nie zamykała ;) Może ujmę to tak - dużo rozmawialiśmy, a i milczało się przyjemnie, Anglicy mają takie ładne na to określenie "companionable silence".
Do domu dojechałam cała i zdrowa, wbrew obawom mojej mamy. Po drodze kupiłam dwie butelki wina, bo zawsze je przywoże koledze Tott'owi, zgubiłam gdzieś matę silikonową i wszystkie teflonowe, no ale zakwas chlebowy bezpiecznie dojechał w lodówce Mariusza :) Wino nie dojechało, jedno wypluło korek, bo zostawiłam je, głupia, koło ogrzewania, drugie zgubiłam - też nie mam pojęcia jak, ale dla osoby, która kiedyś pół roku żyła w przekonaniu, że zgubiła pralkę "Franię", to pestka :)
Jestem w domu (to bardzo pojemne określenie), zyskałam dwóch dobrych kolegów, z którymi ciągle utrzymuję kontakt, a Felę niedługo mi naprawią, za ułamek tego co "tam" chcieli ze mnie zedrzeć.
Pojemne określenie "jestem w domu" obejmuje m.in, w niezobowiązującej kolejności:
- w zasięgu ręki mam prawdziwych przyjaciół, na których mogę liczyć bez względu na wszystko;
- prawdziwych przyjaciół, którzy wiedzą, że mogą na mnie też liczyć, choćby nie wiadomo co;
- siostrę, szwagra i siostrzenicę najwspanialszą na świecie, która codziennie zadziwia mnie czymś nowym;
- źródło mąki chlebowej - oswojone;
- piekarnik do pieczenia chlebów i obietnicę, że będę miała piec chlebowy postawiony jak się tylko ciepło zrobi (to Tott, beton na wylanie podstawy już załatwiony);
- wreszcie znów czuję się potrzebna - nie wiem dlaczego, ale jest mi to potrzebne do szczęścia;
- mam wizję miejsca na te tony książek, do których wróciłam i które przywiozłam (odpowiednie materiały czekają u Tott'a w garażu);
- pana Wiesia w warzywniaku, który mi przywiezie "wszystko co tylko będę chciała";
- cdn.
Czy macie pojęcie jak dobrze robi na samopoczucie głupia taka sprawa jak wieszak na klucze? Postanowiłam, że jest mi takowy niezbędny i że "jutro" to zbyt późno. Przeszłam na drugą stronę ulicy, wyłudziłam od panów budowlańców pół metra deski, kolega Jcek przywiózł mi tacker, obiliśmy deskę ładnym materiałem, 3 minuty to nie trwało, przywiózł też odpowiadnio zakrzywione gwoździe. Okazało się, że szwagier wytaszczył z domu "na budowę" wszystkie narzędzia, w tym i młotek, wykonałam więc telefon dokładnie takowej treści:
- Tott, masz młotek?
- No mam, na Rzeźniczej jestem.
- To idę.
- To chodź.
No i poszłam. Zamiast młotka dostałam haczyki odpowiednie, wiertarkę, żeby sobie nawiercić otworki w desce i tym prostym sposobem życie stało się piękniejsze. Jestem w domu.