Rally Poland (Rajd Polski) 2010 - Mikołajki
Posted by Olasz77 in lato, mła, wyjazdy
Posted by Olasz77 in inna perspektywa, mła, ręce opadają, wyjazdy
Chyba się należy taki post, bo moja przeprowadzka do Polski, to prawie epopeja. Jakoś nie mogę się przestać uśmiechać, jak pomyślę :)
Końcówką czarnej serii psucia się wszystkiego wkoło mnie była pierwsza próba przeprowadzki do Polski. Zapakowałam wszystkie manele zgromadzone niezauważalnie od 2005 r. do Feli, dopompowałam koła, bo trzeba było, dokupiłam jeszcze rzeczy, których mi w Polsce będzie brakować (wędzona papryka w proszku, suszone drożdże, proszek do pieczenia i soda w dużych opakowaniach etc.). Ściągnełam dodatkowego kierowcę i co? I po ujechaniu 30 mil poszedł silnik. Holowanie do punktu A, stracone rezerwacje... Daruję Wam opis perypetii związanych z próbami naprawienia Feli za morzem - szkoda nerwów, moich głównie ;)
Chwilę to zajęło, ale z pomocą Kury, mojej ulubionej kuzynki, i kilku dobrych dusz, znalazła się firma transportowa, która za uczciwe pieniądze zgodziła się zabrać mnie, manele i Felę do domu. Któregoś pięknego wieczoru przyjechał tirem Mariusz, wtedy jeszcze Pan Mariusz, zapakowaliśmy Felę i manele na przyczepę, obejrzeliśmy walkę Gołoty na Youtube, zjedliśmy kolację, napili się piwa, wyplumkali i do spania. Wczesnym rankiem pożegnałam się z moimi chłopakami, zapakowałam się do tira i w drogę. Okazało się, że będę jechać do Calais z Mariuszem, a potem z Jarkiem, bo Mariusz jeszcze w Belgii skręca zabrać dodatkowy ładunek.
Jeszcze przed obwodnicą Londynu przeszliśmy na "Ty". Usłyszałam całą historię tego jak Panowie kierowcy się kłócili, który będzie "tę jakąś babę" zabierał do swojej kabiny, bo jak się okazuje to nie takie chop-siup, z przepisowymi postojami i przerwami wyszły 3 niecałe dni i dwie noce. Z obcym facetem w jednej kabinie!
Jeszcze przed Dover zajrzeliśmy do Sandwich, zabrać czyjś samochód, wspominam tylko dlatego, że mieli tam świetny wózek widłowy - pierwszy schodek do kabiny był na wysokości mojego pasa, a z ziemi nie byłam w stanie zajrzeć do kabiny, ale to mały Pan Pikuś, bo ten wózek był łamany między osiami! No co? Mam słabość do wózków widłowych :)
Potwór ze mnie wyszedł w czasie czekania na załadunek na prom, bo za zgodą Mariusza, przez CB radio, bezczelnie darłam łacha z Jarka - "postrasz młodego, niech nie myśli, że mu tak dobrze będzie". Jarek był ciężko przerażony wizją spędzenia ze mną kolejnych dwóch dni, sam mi potwm opowiadał :)
Przeprawialiśmy się tzw. "Pociągiem", promem na który ładuje praktycznie same ciężarówki, odmiana o tyle miła, że jeśli w recepcji odda się kluczyki od samochodu, to w zamian dostaje się klucze do kabiny prysznicowej, a że to były klucze od Feli, to już się nie liczy :) Automat z kawą itp. z urzędu, bezpłatnie, chyba tylko do jedzenia trzeba było dopłacić jakieś symboliczne grosze, ale pewności nie mam, nie jadłam.
Przesiadka do Jarka i pędzimy dalej. Jedno wiem, jeśli bym kiedyś miała do wyboru jechać tirem 3 dni, albo osobówką "zrobić" tą samą trasę w 24 godziny samochodem osobowym, to wybieram tira!
Pierwszy nocleg, koło Gent, był rozrywkowy - spotkaliśmy jeszcze jednego kierowcę z tej samej firmy, akurat jechał w drugą stronę i integracja trwała do wczesnych godzin porannych ;) Było o wszystkim, od polityki, przez religie (liczba mnoga), wierność małżeńską, unikanie odpowiedzialności, aż po tacha i webasto. Kabina stosunkowo nowego Man'a jest wygodna, pojemna, ma milion schowków na wszystko, gotować można, ale nie musiałam, miałam ludzi od tego ;) Tu ktoś mi przez ramię zagląda, wieć dopiszę, żeby nie było - wszyscy trzej panowie to prawdziwi dżentelmeni!
Dostałam kawę do łóżka! Co ja piszę?! Dostawałam kawę do łóżka, dbano o mnie, co jest bardzo miłą odmianą, karmiono i zagadywano. No dobrze, mnie też paszcza się nie zamykała ;) Może ujmę to tak - dużo rozmawialiśmy, a i milczało się przyjemnie, Anglicy mają takie ładne na to określenie "companionable silence".
Do domu dojechałam cała i zdrowa, wbrew obawom mojej mamy. Po drodze kupiłam dwie butelki wina, bo zawsze je przywoże koledze Tott'owi, zgubiłam gdzieś matę silikonową i wszystkie teflonowe, no ale zakwas chlebowy bezpiecznie dojechał w lodówce Mariusza :) Wino nie dojechało, jedno wypluło korek, bo zostawiłam je, głupia, koło ogrzewania, drugie zgubiłam - też nie mam pojęcia jak, ale dla osoby, która kiedyś pół roku żyła w przekonaniu, że zgubiła pralkę "Franię", to pestka :)
Jestem w domu (to bardzo pojemne określenie), zyskałam dwóch dobrych kolegów, z którymi ciągle utrzymuję kontakt, a Felę niedługo mi naprawią, za ułamek tego co "tam" chcieli ze mnie zedrzeć.
Pojemne określenie "jestem w domu" obejmuje m.in, w niezobowiązującej kolejności:
- w zasięgu ręki mam prawdziwych przyjaciół, na których mogę liczyć bez względu na wszystko;
- prawdziwych przyjaciół, którzy wiedzą, że mogą na mnie też liczyć, choćby nie wiadomo co;
- siostrę, szwagra i siostrzenicę najwspanialszą na świecie, która codziennie zadziwia mnie czymś nowym;
- źródło mąki chlebowej - oswojone;
- piekarnik do pieczenia chlebów i obietnicę, że będę miała piec chlebowy postawiony jak się tylko ciepło zrobi (to Tott, beton na wylanie podstawy już załatwiony);
- wreszcie znów czuję się potrzebna - nie wiem dlaczego, ale jest mi to potrzebne do szczęścia;
- mam wizję miejsca na te tony książek, do których wróciłam i które przywiozłam (odpowiednie materiały czekają u Tott'a w garażu);
- pana Wiesia w warzywniaku, który mi przywiezie "wszystko co tylko będę chciała";
- cdn.
Czy macie pojęcie jak dobrze robi na samopoczucie głupia taka sprawa jak wieszak na klucze? Postanowiłam, że jest mi takowy niezbędny i że "jutro" to zbyt późno. Przeszłam na drugą stronę ulicy, wyłudziłam od panów budowlańców pół metra deski, kolega Jcek przywiózł mi tacker, obiliśmy deskę ładnym materiałem, 3 minuty to nie trwało, przywiózł też odpowiadnio zakrzywione gwoździe. Okazało się, że szwagier wytaszczył z domu "na budowę" wszystkie narzędzia, w tym i młotek, wykonałam więc telefon dokładnie takowej treści:
- Tott, masz młotek?
- No mam, na Rzeźniczej jestem.
- To idę.
- To chodź.
No i poszłam. Zamiast młotka dostałam haczyki odpowiednie, wiertarkę, żeby sobie nawiercić otworki w desce i tym prostym sposobem życie stało się piękniejsze. Jestem w domu.
Posted by Olasz77 in mła, wyjazdy
Kochani, jeśli świat się nie skończy w ciągu najbliższej godziny, to za chwilę powinien podjechać mój transport, że tak to enigmatycznie nazwę, co oznacza, że się przeprowadzam.
Najpóźniej w piątek powinnam być w Polsce, potem będę się musiała rozpakować, podłączyć do Internetu itd.
Mam nadzieję, że niedługo będę mogła napisać Wam jak poszło z przeprowadzką i dlaczego to tak długo zajęło ;)
Tymczasem proszę trzymać kciuki za mnie, bezpieczne drogi, szybki Internet, sprawne rozpakowywanie i szybką aklimatyzację :)
Do brze, to ja pakuję ostatnią rzecz, komputer, i idę posiedzieć na walizkach.
p.s.
tęsnienie za mną będzie mile widziane hehe
Posted by Olasz77 in mła, wyjazdy
Kochani, jeśli świat się nie skończy w ciągu najbliższej godziny, to za chwilę powinien podjechać mój transport, że tak to enigmatycznie nazwę, co oznacza, że się przeprowadzam.
Najpóźniej w piątek powinnam być w Polsce, potem będę się musiała rozpakować, podłączyć do Internetu itd.
Mam nadzieję, że niedługo będę mogła napisać Wam jak poszło z przeprowadzką i dlaczego to tak długo zajęło ;)
Tymczasem proszę trzymać kciuki za mnie, bezpieczne drogi, szybki Internet, sprawne rozpakowywanie i szybką aklimatyzację :)
Do brze, to ja pakuję ostatnią rzecz, komputer, i idę posiedzieć na walizkach.
p.s.
tęsnienie za mną będzie mile widziane hehe
Posted by Olasz77 in lato, to co ładne, wyjazdy
Powstał dzięki niemal legendarnej Bess z Hardwick, o której trochę napisałam wcześniej, przy okazji wizyty w Hardwick Hall.
Dom książąt Devonshire, Cavendish'ów, od 1549 roku. Malowniczo położony (jak ja lubię to określenie) na wschodnim brzegu rzeki Derwent, niskimi wzgórzami oddzielony od doliny rzeki Wye.
Stoi sobie spokojnie na terenie ogromnych ogrodów i wygląda jakby nie robiło to na nim wrażenia. Na mnie robiło, chyba nawet bardziej podobały mi się ogrody niż dom, tyle w nich rozmachu, każdy znajdzie zakątek dopasowany do swojego gustu. Nie bez przyczyny bywają ogrody Chatsworth nazywane najpiękniejszymi w Anglii. Dlatego będzie tu więcej o ogrodach niż o budynkach.
Sam dom skrywa w sobie nie lada skarb - kolekcje obrazów i szkiców, mebli, książek. Prawie 100 pokoji, ze 120, nadal użytkowane jest przez właścicieli i wyłączone ze zwiedzania. Mnie bardziej podobają się zabudowania, które kiedyś były stajniami. Majestatyczna brama - żaden fragment głównego budynku nie jest nawet w połowie tak efektowny.
Jeszcze tylko fontanna stojąca na środku dziedzińca, z gatunku tych, co to kusi, żeby się w niej potaplać, obsadzona drzewkami cytrynowymi, echhhh...
Dla porównania - poniżej główny budynek z różnych stron.
Rzeźby jakoś nie polepszają ogólnego wrażenia...
Ale potem jest tylko lepiej ;) Tutaj widok na zachodnią stronę doliny, w oddali, po prawej, Chatsworth House wygląda zza drzew.
Ta kaskada to jedna z najbardziej docenianych przez gości atrakcji. Zaczynaja się u podnóża Tha Cascade House... Kaskada składa się z 24 stopni, każdy odrobinę inny od pozostałych, o innej powierzchni, żeby woda z nich spływająca wydawała różnorodne dźwięki, co krok inne.
Oczywiście największą frajdę mają dzieci, jeśli tylko tato poświęci się i nadwyręży plecy ;)
I tak 20 razy, trzeba mieć zdrowie :) i miłość do dziecka, przyda się też kilka wspomnieć z dzieciństwa, żeby przypomnieć sobie co dziecku sprawia radość.
Ale do rzeczy - ogrody... Nie wiem czy udało mi się oddać ich urodę i magię na zdjęciach, ale co tam, tym razę na wyrozumiałość.
Kupując bilety dostaniecie też i mapę, proszę lekceważąco nie machać ręką, tylko brać, bo się przyda - ścieżki niby proste, ale jak dodać do nich nasadzone rośliny, to już nie tak łatwo, w obcym lesie łatwiej się odnaleźć niż tu. Początkowo wszystko jest oczywiste i przewidywalne.
Potem jednak coraz więcej widoków przykłuwających uwagę, rozwidleń, tematycznych, wydzielonych mniejszych ogrodów...
Roślin znajomych, ale jakby większych, barwniejszych - słowo daję, że tak ładnego ogórecznika wcześniej nie widziałam!
Wejścia do ogrodu kuchennego strzeże jedna pani, podejrzewam, że instrument to tylko zmyłka, tak naprawdę, to bije nim w głowę tych co mają złe zamiary.
Złych zamiarów trudno nie mieć oglądając wszystkie piękności, śliwki uginające się pod ciężarem owoców (zapasy by z tego zrobić na dwa lata, a nie pół ciasta jak u mnie w tym roku),
7 (słownie: siedem!) różnych rodzajów sałaty. Nie będę się rozpisywać, wystarczy, że powiem, że taki przykuchenny ogród każdy lubiący gotowanie baaardzo chciałby mieć.
Tak piękną czerwoną porzeczkę ostatni raz widziałam jakieś 25 lat temu, u babci na działce. Każda gałązka oklejona owocami aż do nieprzytomności, nie mam pojęcia czym oni to nawożą, ale bardzo bym chciała wiedzieć ;)
Za takie krzaczory rozmarynu i szałwi dużo bym dała, żeby sobie rosły pod kuchennym oknem. Nie mówię, że byłabym w stanie tyle zużyć, ale co mi tam, pomarzyć sobie można ;)
Niespodzianki, ale mało rozmowne i grzebią sobie w palcach przy gościach ;)
Tradycyjnie w ogrodach angielskich musi jeszcze być laaaabirynt. Po drugim ślepym zaułku wszyscy już słaniają się ze śmiechu, bez względu na wiek :)
Ogrody skrywają wiele tajemnic, mało kto ze zwiedzających zdaje sobie z tego sprawę - ukryte za wzgórzami zbiorniki zasilające wodne schody, zakopane w ogrodzie rury doprowadzające ciepłą wodę ogrzewającą cieplarnie, podziemne korytarze, którymi dowożono węgiel... Już zbliżając się do zamku, jeszcze na zachodnim brzegu rzeki, podziwia się łagodne wzgórki zwieńczone starymi drzewami, sielanka - tylko sęk w tym, że większość wzgórz nie trafiła tam sama, została usypana, pod trawą schowano kanały drenażowe, odprowadzające nadmiar wody deszczowej do rzeki. Sama rzeka też została "wyprostowana", bo jej naturalny bieg nie pokrywał się z wizją projektanta :) Stary most przez rzekę został w którymś momencie zburzony i postawiono na jego miejsce nowy, tylko dlatego po to, żeby goście mogli podziwiać zamek z "lepszego profilu". Część lasów, które widać na horyzoncie została nasadzona sztucznie, żeby miały ładniejszą linię. Wystarczy obejrzeć się za siebie by móc podziwiać pobliską wioskę, Edensor, ale warto wiedzieć, że część domów została zburzona, część przeniesiona, żeby całość ładniej wyglądała od strony zamku. Echhhh, kiedyś to ludzie mieli fantazję, i pieniądze ;)
W samych ogrodach można podziwiać malownicze skupisko skał - wszystkie "przyjezdne", spiętrzone, poukładane na sobie. Kiedyś jedno z przejść zagrodzone było skałą, wystarczył lekki nacik dłoni i odsuwała się, odsłaniała się dalsza część ścieżki. Teraz niestety skała spoczywa tak już na stałe - ze względów bezpieczeństwa przejście jest zablokowane. Nieszczęsne Health and Safety Regulations. Założę się, że w Polsce przed przejściem , a także i za , wzorem autostrad płatnych ;) postawiono by kiosk z biletami i przejście by było jedną z głównych atrakcji turystycznych :) Poniżej zdjęcie 14 metrowej The Wellington Rock, z małym wodospadem.
Jeszcze romantyczne lilie wodne...
:)