Artystką nie jestem  

Posted by Olasz77 in ,

Nigdy tez nie twierdziłam, że jest inaczej. Zdolności mam, czysto odtwórcze. Potrafię docenić piękno, ale wiadomo przecież, że co dla innych piękne, dla nas już niekoniecznie.

Byłam dziś na otwarciu galerii, wróć, galeryjki. Dwa małe pokoiki, ciepłe białe wino i rozczarowanie małe. Dobrze, może powinnam się już przyzwyczaić, że złoty tutejszy wiek skończył się dawno temu. Ale taka ludzka natura, że ma nadzieję i łudzi się, łudzi.

Cóż poradzę, że nie imponują mi ba ziaje i nie mam pojęcia co autor miał na myśli. Na dobrą sprawę, to w najlepszym wypadku znajomość technik, ale jakże się to ma do mistrzów flamandzkich, albo choć secesji?! Ktoś mi dziś powiedział, zarzucił właściwie, bo oburzony był do żywego, że skoro oczekuję wiernego odwzorowania rzeczywistości, to powinnam oglądać zdjęcia, nie obrazy... Nie dam się przekonać, nigdy nie będę wzdychać przed „czerwoną kropką na granatowym tle”. Ale kłaniam się nisko, w pas, tym, którzy koordynację oko-ręka mają lepszą ode mnie.

Szczerze mówiąc w odwiedzonej galeryjce spodobały mi się 4 obrazy, o biżuterii i rzeźbach nie piszę, bo nie ma o czym. Przy bliższym poznaniu 3 z 4 straciły. Dwa, wydaje mi się, były kopiami plakatów z okresu II Wojny Światowej – kopistom i odtwórcom dziękujemy, chyba, że raczą wymienić prawdziwych autorów, no i podziękować. Nie raczyli. Jeden jakoś skadrowany był tak, że się zwyczajnie niewygodnie patrzyło na niego. Wiecie, jak oglądanie zwyczajnego filmu na panoramicznym telewizorze z włączoną funkcją smart, albo zoom. Zwyczajnie bez sensu, szkoda czasu i cudzej pracy. Świętokradztwo prawie.

Miałam kiedyś wielką przyjemność obejrzeć „Zmruż oczy” w Warszawie, w kinie na wolnym powietrzu. Do ślicznego, dopracowanego filmu dostałam w prezencie jeszcze klimat jakiego wcześniej nie znałam. Czułam się jakbym podglądała mojego dziadka w czasach jego młodości :) Napatrzeć się nie mogłam, bo znakomita większość kadrów sama z siebie mogłaby stać się dobrze wyważonym obrazem. Drugi raz zaczęłam oglądać ten film właśnie dopasowywany do telewizora, pięć minut to nie trwało, bo nie zdzierżyłam.

Wiecie jaka jest historia tego czwartego obrazu, tego, który oparł syndromowi czaru pryskającego przy bliższym poznaniu i mojej krytyce upierdliwej? Wisi sobie biedny na ścianie, na schodach tej galeryjki, nieoświetlony, bez numerka katalogowego, najwyraźniej nie dość artystyczny dla artystów, właścicieli i mecenasów „sztuki”. Jak urosnę, to go sobie kupię! Póki co, to zastanawiam się czy przypadkiem „artystką” nie zostać, bo też bym chciała tyle pieniędzy zarabiać, ba, nawet uważam, że taką ”sztukę” jak w owej galeryjce, to ja lewą ręką w czasie gotowania obiadu, a podkreślam, utalentowana w tę stronę nie jestem.

Właśnie mnie olśniło, pojęłam skąd nazwa „mecenas sztuki”, to najwyraźniej ktoś taki kto mecenasem jest „na sztukę” („na odwal”). Tak, dobrze ktoś zgadł – ubiegam się o honorowy tytuł wredoty roku :) Myślę, że mam duże szanse…

0 komentarze

Prześlij komentarz

Blog Widget by LinkWithin